Spółdzielnia Socjalna „Szansa i Wsparcie”. Moja opowieść.

Dzisiaj wrócę do historii Spółdzielni Socjalnej „Szansa i Wsparcie”, która miałem przyjemność zarządzać przez kilka lat. Jak to się stało, że podmiot mający przychody na poziomie ponad 250 tys. zł rocznie, kilkanaście tysięcy zł. zysku oraz zatrudniający kilkanaście osób na pełny etat zaczął mieć kłopoty? Ale po kolei…

Skąd pomysł na działalność?

Pomysł był dosyć prosty. Spółdzielnia zrzeszała sanitariuszki szpitalne, które pracując bezpośrednio na oddziałach szpitalnych, miały odciążyć pielęgniarki od wykonywania prostych czynności przy pacjencie (np. toaleta chorego, podawanie posiłków, transport pacjentów lub materiału biologicznego na badania). Spółdzielnia zatrudniała sanitariuszki i współpracowała ze szpitalem.

Ważne było to, że w ramach projektu (dla dociekliwych: chodzi o projekt realizowanych w ramach Inicjatywy Wspólnotowej Equal ”Wirtualny Inkubator Gospodarki Społecznej – model funkcjonowania w sieci współpracy”; projekt był realizowany przez Stowarzyszenie Współpracy Regionalnej z Katowic) byliśmy w stanie zorganizować odpowiednie szkolenie oraz sześciomiesięczny staż, czyli była możliwość przygotowania członkiń spółdzielni do pracy w zawodzie. Było to jedyne bezpośrednie wsparcie dla spółdzielni, która nie skorzystała z żadnych dotacji.

Tym samym wcześniejsza (wpisana w projekt) koncepcja spółdzielni świadczącej usługi opiekuńcze ewaluowała w kierunku spółdzielni sanitariuszek szpitalnych. Wydawało się to lepszym i bardziej stabilnym rozwiązaniem niż szukanie indywidualnych zleceń na trudnym rynku domowych usług opiekuńczych.

Jak zostałem prezesem?

Pełniłem funkcję specjalisty w projekcie inkubator WISP i byłem bezpośrednio zaangażowany w tworzenie tej spółdzielni. Gdy zaczęliśmy się zastanawiać nad przyszłym zarządem, okazało się, że nie ma za bardzo osób chętnych pełnić tą funkcję – nie ma też za bardzo lidera, który mógłby to „pociągnąć”. Kierownik inkubatora zaproponował bym pełnił rolę prezesa w zarządzie jednoosobowym. Po kilku dniach namysłu zgodziłem się. Wydawało się to wówczas najprostszym rozwiązaniem.

Gdy zastanawiam się nad tym teraz dochodzę do wniosku, że poszliśmy na łatwiznę. Takie rozwiązanie na krótką metę było być może dobre, jednak na dłuższą już się nie sprawdziło. Całość od strony zarządzania i koordynacji w ramach spółdzielni spoczęła w jednych rękach – członkinie spółdzielni nie zdobywały wiedzy i umiejętności niezbędnych do przejęcia tej roli.

Początki

Po okresie szkoleń i stażu pracowników, Spółdzielnia Socjalna „Szansa i Wsparcie” rozpoczęła współpracę z jednym ze szpitali w Katowicach (zresztą tym, w którym zorganizowano staż). Wszystko szło w miarę bezboleśnie. Szpital był na tyle zadowolony, że w krótkim czasie uruchomiliśmy szkolenie i staż dla kolejnej grupy pań (tym razem z Katowic). Docelowo miały one pracować w spółdzielni i świadczyć usługi na rzecz szpitala. I tak też się stało. Do grupy założycielek spółdzielni ze Świętochłowic, dołączyły kolejne panie z Katowic. W najlepszym okresie w spółdzielni pracowało 15 osób na pełny etat, na spółdzielcze umowy o pracę.

Mój największy błąd biznesowy

Współpraca z jednym dużym klientem wydawała się dobrym rozwiązaniem – nie trzeba było się przejmować np. o ciągłe poszukiwanie zleceń. Mogłem dzięki temu skupić się na pracy w projekcie (w zasadzie działania w spółdzielni były dla mnie w tym okresie dodatkowym zajęciem). Jeśli chodzi o spółdzielnię, koncentrowaliśmy się na zapewnieniu odpowiedniego poziomu świadczenia usług i płynnej współpracy z personelem szpitala. Co ważne, sygnalizował on, że w zasadzie jest w stanie zaangażować kolejnych kilkanaście osób. I to nas uśpiło. Z czasem okazało się, że problemy są bliżej niż nam się wydawało.

Nasz kluczowy i jedyny klient zaczął mieć kłopoty finansowe. Zmienił się dyrektor. Dogadaliśmy się z nowym szefem placówki. Niestety po 6 miesiącach nastąpiła kolejna zmiana dyrektora. Szpital czekała mała rewolucja. Ze względu na problemy finansowe nowy dyrektor rozwiązał wszystkie umowy terminowe i na tej fali rozwiązano też umowę ze spółdzielnią. Doświadczyliśmy w praktyce tego, że współpraca z jednym klientem to bardzo duże ryzyko. Powinniśmy zróżnicować źródła przychodów i oprzeć się na większej liczbie klientów.

Stanęliśmy przed bardzo trudną sytuacją. Kilkanaście zatrudnionych osób i z dnia na dzień brak pracy.

Co dalej?

Zaczęliśmy szukać innej placówki, ale też postanowiliśmy wrócić do domowych usług opiekuńczych. To spowodowało, że większość członkiń z drugiego naboru (tzw. „grupa katowicka”) postanowiła zrezygnować. Grupa ta była rekrutowana pod kątem pracy w szpitalu, więc większość pań nie wyobrażała sobie pracy w środowisku domowym. Był jeszcze jeden czynnik. Bardziej opłacało im się zarejestrować w urzędzie i przez kilka miesięcy mieć pewny zasiłek, niż w tym momencie szukać klientów lub po prostu czekać na zatrudnienie w spółdzielni.

Zostaliśmy więc z grupą założycielek spółdzielni. Rozpoczęliśmy promocję usług w środowisku domowym. Równocześnie zorganizowaliśmy krótkie kursy przypominające podstawowe rzeczy związane z opieka domową.

Okazało się, że dwa szpitale spośród kilkudziesięciu, do których udaliśmy się z ofertą, wyraziło wstępne zainteresowanie. Było to jednak zainteresowanie bardziej przyszłościowe niż „na już”. Ostatecznie po kilku miesiącach stało się jasne, że w obecnej sytuacji nowe szpitale, które nie miały okazji doświadczyć korzyści ze współpracy z sanitariuszkami, nie są realną alternatywą.

Po kolejnych miesiącach, mimo że pojawiło się zainteresowanie domowymi usługami opiekuńczymi, zaczęły wykruszać się kolejne osoby. Dodatkowo po pewnym czasie z przyczyn rodzinnych zmieniłem miejsce zamieszkania, więc wrócił problem lidera, a w zasadzie jego braku w grupie członkiń spółdzielni.

Jak to się skończyło?

Gdy ostatni raz rozmawiałem z jedną z członkiń spółdzielni mówiła mi, że kilka osób pracuje w zawodzie (w szpitalu czy ośrodku pielęgnacyjno-opiekuńczym), druga część podjęła zupełnie inną pracę (m.in. osoba, z którą rozmawiałem pracowała w spółdzielni mieszkaniowej), kolejna część osób pozostawała bezrobotna.

Między innymi właśnie te dwie pierwsze grupy byłych członków, które potrafiły odnaleźć się na rynku pracy po opuszczeniu spółdzielni oraz fakt, że pracując w spółdzielni część członkiń zaczęła podnosić swoje kwalifikacje (np. jedna z pań skończyła zaocznie szkołę średnią) sprawia, że całą działalność spółdzielni mogę ocenić pozytywnie.

Jeśli chodzi o spółdzielnię, to postanowiliśmy połączyć ją z inną spółdzielnią socjalną, z myślą o tym by kontynuować część działań (m.in. w zakresie pożytku publicznego – Spółdzielnia Socjalna „Szansa i Wsparcie” skutecznie zrealizowała dwa projekty w ramach Funduszu Inicjatyw Obywatelskich).

Co jeszcze wynika z historii Spółdzielni Socjalnej „Szansa i Wsparcie”? O tym w jednym z kolejnych wpisów.

Uwaga aktualizacja:

Polecam Ci również artykuł mojego autorstwa, którzy ukazał się w czasopiśmie „JAK robić biznes społeczny?” (str. 6-7), a który dotyczy kluczowych wniosków z historii Spółdzielni Socjalnej „Szansa i Wsparcie”. 

Oceń ten wpis

Etykiety:, , , , ,

Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Zabezpieczenie antyspamowe *