„Jeżeli nie obroni nas jakość, to istniejemy bez sensu”, czyli historia Spółdzielni Socjalnej „Nasz Domek”. Wywiad cz. 2

Zapraszam na drugą część wywiadu z p. Urszulą Tuszyńską, prezesem Chrześcijańskiej Spółdzielni Socjalnej „Nasz Domek”. Ostatnio rozmawialiśmy o początkach tej spółdzielni i jej stopniowym rozwoju. Dzisiaj skupimy się bardziej na wnioskach z tej historii.

Waldek Żbik: W jaki sposób staracie się przyciągać klientów? Jakich argumentów używacie?

Urszula Tuszyńska: Nasz marketing leży kompletnie. Pieniądze, jakie wpakowaliśmy w reklamę, praktycznie nic nam nie dały. To grube zmarnowane tysiące. Dopiero teraz zaczęliśmy pracować z agencją reklamową, która ma pojęcie o co chodzi w tym wszystkim i powoli zaczynamy myśleć o reklamie.

Od samego początku wiedzieliśmy, że chcemy dać dzieciom coś, czego gdzie indziej nie dostaną. Sama jestem mamą dwóch najcudowniejszych na świecie księżniczek. Jedna ma 21 lat, a druga-11. Wiem, jak ważna jest miłość dla dziecka. Jego przytulanie, zapewnianie, że jest cudowne, wspaniałe, kochane… A tego tak bardzo dzisiaj dzieciom brakuje. Wiem też, że wiek, do 5 roku życia jest tak naprawdę najważniejszy dla dziecka, dla jego późniejszego rozwoju. Nie będziemy wiedzieć, co potem z tymi dziećmi będzie się działo, ale pragniemy, byśmy mogli powiedzieć, że daliśmy tym maluchom to, co naprawdę jest najlepsze.

Nasze argumenty… jeżeli nie obroni nas jakość, to istniejemy bez sensu. My „pracujemy” na żywych organizmach, najbardziej delikatnych, jakie istnieją. Takie dzieci nikomu się nie poskarżą, nic nie powiedzą… Mamy w swoich rękach coś niewiarygodnie kruchego. I mamy nadzieję tego nie zmarnować.

Do rodziców „docieramy” głównie pocztą pantoflową. Od zawsze reklamowanie siebie było dla nas czymś obcym, wręcz wrogim… takim „sprzedawaniem siebie”. Nikt z nas nie umie tego robić. Lepiej sprawdzamy się w takiej normalnej pracy niż w tworzeniu swego wizerunku.
Fajną rzecz powiedział nam ostatnio człowiek, który przyjechał, by zająć się naszym wizerunkiem i w ogóle…: „Jak tu jechałem, bałem się, że trzeba będzie jakoś was wizerunkowo „podrasować”. Ale wy się sami obronicie. Macie wszystko. Brakuje wam tylko, by ludzie się o was dowiedzieli”.

Bo my nie umiemy o coś takiego zawalczyć. To takie „nie nasze” 😉

Ostatnio powstaje coraz więcej spółdzielni socjalnych prowadzących żłobki i przedszkola. Jakich trzech rad udzieliłabyś osobom, które planują rozpoczęcie tego rodzaju działalności?

  1. Dobry księgowy (mamy świetnego).
  2. Zespół, który nie boi się pracy i ufa liderowi.
  3. Lider, który nie boi się wziąć odpowiedzialności i najciężej pracować.

Z tymi 3 rzeczami udaje się w zasadzie wszystko, do czego przyłożymy ręce.

A jeśli chodzi o same żłobki i przedszkola…

Przede wszystkim:

  1. nie ma się czego bać (i to dotyczy wszystkiego: odpowiedzialności, pracy…), pieniądze są nie tylko od rodziców, są również dotacje ministerialne, UE i inne – jedni starują w konkursach i wygrywają, to drudzy też mogą,
  2. zbadajcie rynek, na którym chcecie działać (ile żłobków/przedszkoli, ile osiedli się buduje, na jakim to jest etapie, jakie ceny są w okolicy, jaki dojazd, jaka możliwość dotacji z gminy/dzielnicy),
  3. dzieci są najcenniejsze – jeśli nie będziecie o tym myśleć we wszystkim co robicie dla nich, to zaczniecie robić czysty biznes, który szybko się skończy.

Co zrobilibyście inaczej, jeśli rozpoczynalibyście działalność jeszcze raz?

Chyba nic. Jak zaczynaliśmy, nie mieliśmy żadnego doświadczenia. Wszystkiego się uczyliśmy od zera. Mieliśmy najlepsza drogę, z mnóstwem błędów, które dały nam dzisiejsze umiejętności. Czego mamy żałować? Umiemy dużo, choć wciąż mało. Mamy rozmowy z rodzicami, którzy ze łzami dziękują nam, bo …. A mamy rozmowy, gdzie jest wojna. Różnie jest. I nie zawsze różowo. Pracujemy z ludźmi.

Co jest dla Ciebie, jako prezesa zarządu spółdzielni socjalnej, największym wyzwaniem?

Brak czasu. Bezdyskusyjnie 🙂 Potrzebuję doby, która ma 48 godzin. Bym się wyspała. Na zapas też.

A tak serio: spięcie tych wszystkich działań, które robimy. Spięcie ich finansowo, logistycznie, merytorycznie. Owszem, zadania są delegowane, ale wiele rzeczy należy do moich obowiązków (np. finanse praktycznie całkowicie są w moim zakresie).

W tej chwili kończymy 2-letni Projekt POKL (wszystko trzeba dopiąć), zamykamy Projekt MPiPS „Maluch” 2014 (trzeba go podsumować), ponieważ mamy przedszkole orzeczeniowe, to dotację z dzielnicy mamy na dzieci z i bez orzeczenia (trzeba zamknąć rok dla dotacji- rozliczyć), mamy zamknięcie roku w konkursie gminy dla żłobka (dopiąć), przed chwilą mieliśmy kontrolę z ZUS, za chwilę mamy kontrole „Malucha” za 2013 r., planujemy w grudniu napisać 2 projekty… I jeszcze różne intensywne działania poza pracą.

Wiem, że to kiedyś minie i będzie lżej, ale na razie, ktoś to musi zrobić. Padło na mnie, to robię 🙂

Przy świadczeniu usług dla osób fizycznych czasem mówi się o tym, że status spółdzielni socjalnej może być negatywnie odbierany. Jak to było w Waszym przypadku?

Byliśmy negatywnie odbierani. Na początku tłumaczyliśmy się, że nie pracują u nas więźniowie 😀

Wybroniła nas jakość tego, co robimy. Dzisiaj już nie ma pytań. Dzisiaj każdy wie, kim jesteśmy i tak naprawdę ludzi nie interesuje Spółdzielnia. Ich interesuje jakość, którą dostają. Jakość opieki nad dziećmi, jakość zajęć dodatkowych dla dzieci, jakość kontaktu z dyrekcją, jakość relacji dzieci z opiekunami/wychowawcami…. Szeroko pojęta jakość. I to chyba nam się trochę udało 🙂

Serdecznie dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia!

Jeśli chciałbyś podzielić się swoim doświadczeniem lub doświadczeniem swojej spółdzielni, napisz do mnie. Uczmy się od siebie nawzajem 🙂

„Jeżeli nie obroni nas jakość, to istniejemy bez sensu”, czyli historia Spółdzielni Socjalnej „Nasz Domek”. Wywiad cz. 2
Oceń ten wpis

Etykiety:,

Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Zabezpieczenie antyspamowe *